Media donoszą o zagrożeniu epidemią świńskiej grypy w Peru, są już 4 ofiary śmiertelne. Z tego powodu przyspieszono o tydzień ferie zimowe w szkołach i odwołano wielką coroczną paradę z okazji Święta Narodowego 28 lipca. Podobno w niektórych szkołach wystarczy, że ktoś kichnie i natychmiast jest odsyłany do domu i lekarza
(a propo w dniu w którym przyleciałyśmy wiekszość pracowników lotniska była w maseczkach). My tymczasem
w ciągu tych 2 tygodni w Limie dowiedziałyśmy się o kilku konkretnych przypadkach grużlicy i AIDS wśród niezbyt dużej grupy dzieci i młodziezy, z którymi pracuje nasza organizacja. Ciocia naszego kolegi umiera na raka, a znajoma kanadyjska wolontariuszka właśnie poroniła ciążę. Dlatego świńska grypa mnie nie wzrusza, a kolejne wiadomości
o niej doprowadzają do wściekłości. To nie jest rzeczywistość, którą żyję.
O czym jeszcze trąbią peruwiańskie media? Oczywiście o śmierci “króla popu” , a także o zabójstwie znanej pieśniarki folklorystycznej z gatunku wayno, przez swoją koleżankę po fachu a zarazem kochankę.
W ciągu tych 2 tygodni w Limie juz 3 razy strajkowali kierowcy autobusów doprowadzając do paraliżu całego miasta. Domagają się zmian w czymś na kształt Kodeksu Ruchu Drogowego, a dokładniej złagodzenia kar za złamanie przepisów. Spędziłam w tym mieście łącznie prawie półtora roku i nie znalazłam dowodów na istnienie czegoś takiego jak przepisy ruchu drogowego. Nie używają kierunkowskazów, trąbią bezustannie. Sygnalizacja świetlna dla pieszych jest w niewielu miejscach i nie ma szans, zeby kierowca przepuścił pieszego. Każde przejście przez ulicę jest jak tor przeszkód. Jednak z drugiej strony, jest to miasto gdzie można bezkarnie przejść przez ulicę w dowolnym miejscu, nawet na oczach policjanta. Wielu taksówkarzy chętnie zabierze 5-6 pasażerów.
Biorąc pod uwagę świńską grypę, strajki kierowców, dzień wolny 29 czerwca z okazji święta Świętych Apostołów Piotra i Pawła oraz Dzień Nauczyciela w zeszły poniedziałek, ilość dni zajęć szkolnych przez te 2 tygodnie znacznie zmalała.
We wtorek uczestniczyłyśmy w szkoleniu dla pracowników socjalnych i streetworkerów, zorganizowanym przez REDENAC (sieć organizacji pracujących z dziećmi ulicy) oraz Defensoria del Pueblo (peruwiański odpowiednik rzecznika praw obywatelskich). Jego pierwsza część była poświęcona Prawom Dziecka. Dwie miłe Panie cytowały artykuły z Konwencji ds. Dziecka i peruwiańskiego Kodeksu Dzieci i Młodzieży. Nadrzędny interes dziecka bez względu na jego kolor skóry, religię czy pochodzenie społeczne; prawo do edukacji, integralnego rozwoju psychofizycznego; zakaz wszelkiego rodzaju nadużyć, agresji i wykorzystywania; odpowiednia opieka w razie niepełnosprawności czy choroby; odpowiednie traktowanie w razie złamania prawa – to tylko niektóre z pozycji. Zadawałyśmy sobie pytanie jak to się ma do rzeczywistości, która była tuż za ścianą: dzieci, które zamiast chodzić do szkoły lub bawić się do póżnych godzin nocnych sprzedają na ulicach cukierki, albo robią akrobacje na skrzyżowaniach, wykorzystując sekundy, kiedy pali się czerwone światło; policjanci przetrzymujący nieletnich
w komisariatach razem z doroslymi przestępcami ; znęcający się nad dziećmi fizycznie i psychicznie rodzice
i nauczyciele w szkołach. Celem szkolenia było podobno uświadomienie, że są nadrzędne instytucje i organa, które czuwają nad dobrem wszystkich dzieci i młodziezy. ????
Druga część szkolenia była poświęcona wyrabianiu dzieciom dokumentów (w Peru istnieje coś takiego jak dowód osobisty dla nieletnich). Ogromna liczba dzieci i młodzieży w Peru nie istnieje jako obywatele, nie została nigdy nigdzie zarejestrowana, nie mają metryk urodzenia. Często imiona, które noszą są przypadkowe. Dlatego organizowane są w ostatnich latach kampanie bezkosztowego wyrabiania dokumentów, jedną z nich finansowała Ambasada RP w Limie. Nigdy nie zastanawiałam się, jak wiele znaczy to, ze noszę imię, które nadali mi moi rodzice, ich nazwisko, że mój Pesel to nie koniecznie wyraz uprzedmiotowienia w stylu Józefa K., ale coś co identyfikuje mnie jako konkretną osobę o określonej charakterystyce i prawach.
W środę odwiedziłyśmy przytułek dla dziewczynek (5-14 lat), sierot społecznych z rodzin dysfunkcyjnych i ofiar przemocy. Znajoma rodzina kanadyjska poświęciła 3 dni ze swojego dwu tygodniowego urlopu na pomalowanie im patio. Pomagałyśmy przy wycinaniu gałęzi pokrywających dach. Kiedy poznałyśmy dziewczynki wiedzialyśmy, że trafiłyśmy we właściwe miejsce, że chcemy z nimi pracować. Bo dla nich nieważne było skąd jesteśmy i co umiemy, ale że chcemy spędzić z nimi trochę czasu. Wystarczył uśmiech, przytulenie, żart, zwykła zabawa w piłkę lub przeczytanie bajki, nie domagały sie niczego więcej.
Aneta